Bez odpowiedzi
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
- Nie znali nigdy, co to jest dostatek,
- Lecz znali tylko - co trud i potrzeba;
- Nieraz im brakło mleka w piersiach matek,
- Nieraz im brakło na zagonach chleba...
- Nie znali nigdy tej pomyślnej doli,
- W której bez troski o jutrzejszą strawę
- Duch ludzki z mroku budząc się powoli
- Na światło oczy otwiera ciekawe,
- Gdyż od kolebki czatowała bieda,
- Co duszy dziecka rozwinąć się nie da.
- Los im poskąpił wszystkich swoich darów
- I dał im środków do walki za mało.
- Prócz życia trudów i życia ciężarów,
- Jedno im prawo - do życia zostało.
- Jednak znosili swą nędzę cierpliwie
- Jako istnienia warunek niezmienny;
- Marząc o przyszłym a bogatszym żniwie
- Zapominali o trosce codziennej
- Żądając w zamian za pracę mozolną,
- By im wraz z dziećmi wyżyć było wolno.
- Lecz teraz próżne wszelkie wysilenia!
- Żadna wytrwałość zbawić ich nie może:
- Głód - ciała w żywe szkielety zamienia
- Kładąc w ciemnościach na zmrożone łoże.
- Dziś nie o sytość, lecz o żywot idzie,
- Gdyż to nie zwykłej nędzy widmo blade,
- Lecz śmierć głodowa w całej swej ohydzie
- Tysiącom rodzin zwiastuje zagładę;
- W zimowej nocy wchodzi w ich mieszkania
- Przynosząc męki wolnego konania.
- To śmierć głodowa! Przy zgasłym ognisku
- Zasiada wlokąc całun lodowaty
- I matkom dzieci porywa z uścisku,
- I nagie trupy zostawia wśród chaty,
- I kroczy dale] w upiora postaci
- Rozpościerając gorączkowe dreszcze...
- A zmarły wstaje, by zabijać braci,
- Za krzywdy swoje mszcząc się w grobie jeszcze;
- I rozszerzając zaraźliwe tchnienia
- Idzie do ludzi przemawiać sumienia.
- A ci, co jeszcze wśród mogił zostali,
- Aby oglądać męczarnie swych rodzin,
- Trawieni ogniem, co wnętrzności pali,
- Mierzą ostatek uchodzących godzin
- I patrzą w otchłań... szukając gdzieś na dnie
- Nieuchwyconej ocalenia mocy.
- Ale myśl w próżni kręci się bezwładnie
- I gaśnie w głuchej odrętwienia nocy.
- I nic nie mogąc odnaleźć, nędzarze,
- Chylą z rozpaczą wychudzone twarze.
- Wiedzą, że wszędzie ta sama dokoła
- Głodowej śmierci konieczność straszliwa,
- Że brat ratunku udzielić nie zdoła,
- Bo sam go teraz daremnie przyzywa.
- Więc milczą - patrzą na śniegu posłanie,
- Słuchają wiatru żałobnego wycia
- I w ciemność smutne rzucają pytanie:
- "Gdzie jest ich prawo najświętsze do życia?
- Czemu są na śmierć skazani i za co,
- Gdy na chleb ciężką zarabiali pracą?"
- Kto im odpowie na ten wykrzyk głuchy?
- Ludzkość zostanie w odpowiedzi dłużną,
- Bo choć szlachetne poruszą się duchy
- I miłosierdzie pospieszy z jałmużną,
- Rzucone wsparcie nie rozstrzygnie w niczem
- I w niczem ciemnych pytań nie rozświeci,
- I ziemia dalej z sfinksowym obliczem
- Będzie pożerać pracujące dzieci,
- A ludzkość będzie roztrząsać, ciekawa,
- Ten zgrzyt w harmonii społecznego prawa.