Beniowski/Pieśń II
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
- O! nie lękajcie się mojéj goryczy!
- Dalibóg! nie wiem sam, skąd mi się wzięła;
- Długo po świecie, pielgrzym tajemniczy,
- Chodziłem farby zbierając do dzieła,
- A teraz moja muza strof nie liczy,
- Lecz złe i dobre gwiazdy siać zaczęła;
- Komu za kołnierz spadnie przez przypadek
- Syrius rzucony przez nią lub Niedźwiadek,
- Spali się – lecz ja nie winien. Per Bacco!
- Różnymi drogi mój poemat wiodę;
- Jak Chochlik często częstuję tabaką,
- A gdy kichają, ja zaczynam odę,
- Na przykład drugą piękną Odę taką
- Jak do młodości. Może serca młode
- Pokochają mnie za to, żem jest śmiały
- Jak Roland, który wpół rozcinał skały.
- I teraz chciałbym rozciąć – co? – dom jeden,
- Podolski jeden dom rozciąć na dwoje;
- I pokazać wam, jaki szczery eden!
- Jak nieraz pełne aniołów pokoje!
- Jak złoty, piękny domów jest syredeń! –
- Ukraińskie to słóweczko, nie moje.
- Wywołał je tu rym przez dźwięki bliźnie,
- Nie miłość, którą mam ku Kozaczyźnie.
- Chciałbym więc rozciąć jeden z dawnych dworów,
- Które na górach stoją nad stawami.
- Stawy – to tarcze z tęczowych kolorów,
- Gdzie się łabędzie białe za gwiazdami
- Gonią, podobne do srebrnych upiorów,
- A na nie księżyc jasnymi oczami
- Patrzy, na niebie jeden – przez topole,
- A drugi taki złoty księżyc – w dole.
- Atoli wnętrze tych domów dopiéro
- Poetyczne jest – zwłaszcza jeśli miłość
- Oświeci, wonną je napełni mirrą
- I ścian drewnianych sprostuje pochyłość;
- Podolanek są usta srebrną lirą,
- Serca... – Ta strofa ma pewną zawiłość,
- Któréj nie lubię, lecz ją skończyć muszę –
- Serca są takie jak aniołów dusze.
- Sam znałem jedną – lecz nie wspomnę o niéj,
- Bo się nadzwyczaj mój rym rozserdeczni.
- Od serca mi jéj wiało tyle woni
- I tyle światła, że mi dziś słoneczniéj –
- Chociaż mi zegar teraz północ dzwoni –
- Niż gdybym w Boga się patrzał najwieczniéj.
- Niech was bluźnierstwa nie rozpędza trwoga;
- Ona umarła już. – Jest częścią Boga,
- Duszą, światłością, wolą, jedną chwilą
- Wieczności, wiedzą wszystkiego. – O! dosyć!
- Niech resztę grobu cyprysy ochylą.
- Różom najbielszym jéj żałobę nosić.
- Ją słońca drogi mlecznéj nie omylą;
- Zdziwiona blaskiem, będzie się podnosić
- Jako harmonii lekkiéj głos, bez końca
- Ze słońc na wielkie słońca i nad słońca.
- A gdy się w drogi zatrzyma półowie,
- Jak gołąb puszczę za nią skrzydła chyże –
- A tu mi ręce zawiążcie na głowie
- I twarzą bladą połóżcie na lirze,
- Jakbym w alpéjskim upadłszy parowie
- Spoczywał. – Miałem ja troski i krzyże;
- Więcéj, niż śniło się wam, filozofom.
- Lecz dajmy pokój tym myślom i strofom.
- Dosyć o sercach strzaskanych, o świecie
- Tu, ziemskim, i tam, nadsłonecznym; oba
- Smętne są. – Światy wam utworzę trzecie;
- Jeżeli się mój poemat podoba,
- Znów drugi, wielki tom napiszę w lecie,
- A te zostaną pieśni jako proba
- Wcale nie według mego serca – ale
- Ponieważ moje są, otwarcie chwalę.
- "Głupi! o sobie dobrze mów!" – wykrzyka
- Ryszard w okropnym bardzo monologu,
- Ujrzawszy siebie we śnie jak krwawnika
- Oczerwienionym, na piekielnym progu –
- Szkoda, że w księdzu Kiefalińskim znika
- Szekspir; przyczyną jest trudność połogu
- W stanie bezżennym – także to, że z księdza
- Nie może nagle być Makbeta jędza.
- O księżach dobrze mów! – Jest to przestroga
- Już nie Szekspira; na tym fundamencie
- Moralność cała stoi. – Lecz na Boga!
- Gdzie mój poemat? Moje przedsięwzięcie
- Epiczne? Moja ariostyczna droga?
- Widzę, że wszystko mi stoi na wstręcie,
- Nawet pisania łatwość rzuca plamę –
- Mówią, że w czterech dniach układam dramę.
- O Boże! ileż bym stworzył romansów,
- Gdybym chciał wszystkich d.....w być zabawą,
- Wyspą dla grubych naszych Sanczo Pansów,
- Na któréj by się uczyli ze sławą
- Sylabizować. Lecz z prozą aliansów
- Nie chcę – do wiersza mam, jak sądzę, prawo.
- Sam się rym do mnie miłośnie nagina,
- Oktawa pieści, kocha mię sestyna.
- Ktoś to powiedział, że gdyby się słowa
- Mogły stać nagle indywiduami,
- Gdyby ojczyzną był język i mowa,
- Posąg by mój stał, stworzony głoskami,
- Z napisem: "Patri patriae". – Jest to nowa
- Krytyka. – Stój! – ten posąg błyska skrami,
- Spogląda z góry na wszystkie języki,
- Lśni jak mozaika, śpiewa jak słowiki;
- Otocz go lasem cyprysów, modrzewi,
- On się rozjęczy jak harfa Eola,
- W róże się same jak dryjada wdrzewi,
- Głosem wyleci za lasy na pola
- I rozłabędzi wszystko, roześpiewi...
- Jak smukła pełna słowików topola,
- Co kiedy w nocy zacznie pieśń skrzydlatą,
- Myślisz... że w niebo ulatujesz z chatą,
- Że porwał cię głos, jasność księżycowa,
- Serce rozkwitłe, rozlatane pieniem.
- O! gdyby mogły się na posąg słowa
- Złożyć i stanąć pod cyprysów cieniem
- Jak marmur, który duszę w sobie chowa
- I z wolna złotym wylewa strumieniem,
- A tak powoli léje i łagodnie,
- Że po tysiącach lat, jak słońce wschodnie
- Stoi w nim cała, ogromna... O! gdyby...
- Zachcenia moje są jak Klefta żądze,
- Który chciał w trumnie mieć dla słońca szyby
- I dla jaskółek... Na co?... Znowu błądzę
- Jak Telimena, gdy wyszła na grzyby,
- A zbiera mrówki (mrówkami są żądze –
- Na wiatr to mówię tylko, lecz w nadziei,
- Żem dostrzegł jako poznańczyk – idei).
- Czy w poemacie tym równie szczęśliwa
- Krytyka równe porobi odkrycia?
- Nie wiem. – Czasami myśl w eterze pływa,
- Przez piękne bardzo przelatując śnicia,
- Lecz późniéj pismo, druk tęcze obrywa
- Z kształtów. – A teraz odbłysk mego życia
- Na ten poemat pada niezbyt pięknie.
- Patrzcie, jak serce wesołe – gdy pęknie!
- Szczęściem, że pieśni téj bohater młody,
- Świeży, miłośny i ma ciemne oko,
- Złote połyskiem zielonawéj wody,
- Lecz niezbyt na świat patrzące głęboko.
- Owszem, ma nadto serdecznéj pogody,
- Nadto mu prawie na świecie szeroko.
- Ach! nieraz szczerze westchniecie z litości,
- Widząc, jaki w nim brak artystyczności!
- Poezja go otacza. – Czytelniku!
- Na jego miéjscu, o! ileż byś razy
- Uczuł, że dusza twa na wykrzykniku
- Hipogryfując, leci, tnie wyrazy,
- Klnie, że wokoło zimnych serc bez liku!
- Same szkielety pod nią, same płazy! –
- Beniowski, jakby go Bóg o tym ostrzegł,
- A priori to czuł – lecz nie spostrzegł.
- Co lepsza, nigdy nie mówił, nie pisał –
- Biedaczek! brakło mu formy gotowéj!
- Nigdy się w myślów dzwon nie rozkołysał,
- Idei żadnéj w nim nie było nowéj;
- Najnowsze z ustek różanych wysysał;
- I teraz, patrzcie! w pasiece lipowéj
- Klęczy pokornie przy kochanki nodze –
- Oboje na zbyt niebezpiecznéj drodze.
- Lecz młodość – o! ta, pomimo dewotek,
- Ta jest najlepszą obroną dziewicom;
- To jest kochanków młodość. – Mimo plotek
- Szesnastoletnim się przybliżyć licom
- Pozwólcie – zwłaszcza gdy chłopiec–podlotek
- Zazdrości skrzydeł dwu synogarlicom
- Dlatego tylko, że się mogą bratać,
- Piórkami ściskać i gruchać, i latać.
- O! pierwsza miłość! téj wiernym obrazem
- Jest zamienienie serc bez interesu;
- Téj ideałem jest latanie razem
- W krainie, w któréj nie ma końca, kresu.
- Potém się człowiek głupi staje płazem;
- Mimo krew zimną, z każdego karesu
- Mogą wyniknąć rzeczy złe i zdrożne,
- O których książki już mówią nabożne.
- Za takie rzeczy, nie rozumiem zgoła,
- Dlaczego w Rzymie nieszczęsne grzesznice
- Sadzą do zamku świętego Anioła,
- Prócz tych... – Ta strofa musi zakryć lice;
- Wstydzi się, że tę myśl wzięła od czoła,
- Nie zaś z profilu. O muzy–dziewice!
- Zarumienieniem waszym ucieszony,
- Wracam do bajki mojéj – z innéj strony.
- To jest – zostawiam z kochankiem dziewicę
- Śród róż, drzew, świateł księżycowych, woni,
- Wód rzucających srebrne błyskawice
- Spod brzóz i bielą okrytych jabłoni;
- Serce przy sercu i przy licu lice,
- Dłoń niespokojna w niespokojnéj dłoni;
- Ach! są to rzeczy bardzo piękne, czułe,
- Lecz wieszcza mogą przemienić w gadułę.
- A więc do zamku wracam, gdzie Starosta
- Kłaniał się, poił, dął, puszył, brał na ton,
- A chociaż szlachta go słuchała prosta,
- O rzeczach duszy rozmawiał jak Platon –
- Na mózg wesołych ludzi wielka chłosta! –
- Więc się rozeszli woląc sen – niż świat on,
- Co się naówczas zdał zaatlantyckim.
- Został się pan Starosta z Dzieduszyckim...
- Ów Dzieduszycki był to regimentarz
- Podolski, wielki wróg konfederacji,
- Z któréj niedawno chciał uczynić cmentarz,
- Co do jednego wyciąć – niech go kaci!
- Z Rulhier[e]a pewnie jego czyn pamiętasz,
- A tu obaczysz, jak mu się wypłaci
- Konfederacja: jak jest niebezpiecznie
- Z demokratami być nie dosyć grzecznie!
- Przypomnę tylko, że ten paliwoda
- Zdradą na obóz napadł i wycinał,
- Czego mu potém była wielka szkoda,
- Bowiem go czekał stryczek lub puginał.
- Nie znano jeszcze wówczas Wallenroda
- I kończył jak pies, kto zdradą zaczynał,
- Exemplum: oba litewskie biskupy,
- Na dwóch latarniach miéjskich – oba trupy.
- Dziś zdrajcom łatwiéj – jeśli ich pod lodem
- Car nie utopi – łatwiéj ujść latarni.
- Krukowiecki jest miasta Wallenrodem,
- Demokratycznym jest Gurowski. – Czarni,
- Lecz obu wielka myśl była powodem,
- Oba chcą Polski, aby ujść bezkarni;
- Bo zna to dobrze ta piekielna para,
- Że łatwiéj odrwić Polaków – niż cara.
- Wallenrodyczność, czyli wallenrodyzm,
- Ten wiele zrobił dobrego – najwięcéj!
- Wprowadził pewny do zdrady metodyzm,
- Z jednego zrobił zdrajców sto tysięcy.
- Tu nie mam więcéj już rymu na "odyzm",
- Co od włoskiego "odiar–lo" – najpręcéj
- Może zastąpić brak polskiego słowa;
- Wallenrodyczność więc – jest to rzecz nowa.
- Mój czytelniku, powiem coś na ucho:
- I sam Paszkiewicz... domyślaj się reszty –
- "Co? sam Paszkiewicz?" – O tym jeszcze głucho,
- Lecz jestem pewny. – Pomyślał: "A wiesz ty,
- Że on być musi już przéjęty skruchą?
- On jest Polakiem aż po same meszty,
- Które mu dzisiaj wyszyła Wallida,
- Aby Turkiem był dla Abdul Meszyda". –
- – Tak jest: obaczysz, lecz trzymaj w sekrecie,
- Co powiedziałem: nie rzucaj się w spiski,
- Bo wielkim rzeczom przeszkodzisz na świecie,
- Rzeczom, co jako piorunowe błyski
- W chmurach się kryją. – Więc już rozumiecie,
- Że Dzieduszycki nie miał jednéj kreski
- Od brzegów Dźwiny po hordy Nogajca;
- Wszyscy w Ojczyźnie mówili: "'To zdrajca!"
- Zwalił to wprawdzie na króla rozkazy;
- Ale się wyparł król, jak zawsze bywa,
- Wyparł się jako święty Piotr – trzy razy,
- I cała wina na koguta spływa,
- Dlatego że piał. A więc wszystkie zmazy
- Pan regimentarz, kochanek Gradywa,
- Dźwigał na sobie i chował in petto
- Zemstę jak Włochy, co się mszczą stiletto.
- Tymczasem chciał się ożenić bogato
- I okiem wszystkie przemierzywszy domy,
- Najlepszym z domów wydał mu się na to
- Ów zamek wielki, malowniczy, stromy,
- Gdzie mieszkał szlachcic–pół, pół–król, pół–Kato,
- Pół–wariat, a pół–syn cezarów Romy;
- Maleńki starzec, półłysego czoła,
- Ojciec, który miał córkę, pół–anioła.
- Wybrawszy teścia przyjechał bez swatów,
- Z intencją ojcu się oświadczył, pannie;
- Wspomniał o drzewie swoich antenatów –
- Nie wspomniał ani raz o krwawéj wannie,
- Którą chciał sprawić dla konfederatów –
- Ale o królu mówił nieustannie,
- Pokręcał wąsa, zarzucał wylotów;
- Lubił pić, bardzo nienawidził kotów.
- Dlatego kochał psy; gdy gardło zalał...
- Pozwolił nieraz Anieli szpicowi,
- Aby mu lizał wąs... za psami szalał,
- Zalecał nawet dóbr intendentowi,
- Ażeby chłopów psóm kąsać pozwalał,
- Mówiąc zazwyczaj, że to psy uzdrowi
- Od bolu zębów, a stąd od wścieklizny;
- Miał jednak dobrą stronę: anewryzmy –
- Te dowodziły, że miał serce. – Głowy
- Nie dowodziła w nim choroba żadna,
- Lecz materialny kadłub, z okiem sowy
- Na szyi zawsze nieruchoméj; składna
- Figurka, uśmiech i ukłon wężowy;
- Grzeczność, co w takim panu bardzo ładna!
- Wielka znajomość świata, krajów, ludzi
- I wiele tego wszystkiego, co łudzi.
- Ów pan układny więc siedział przy stole,
- Przy samym panu Staroście, na prawo;
- Dobijał właśnie targu i na czole
- Widać mu było niecierpliwość krwawą,
- Gryzącą; oczy utopił sokole,
- Za ręce teścia trzymał ręką prawą,
- Lewą na stole, wyciągniętą prosto
- Ku kielichowi i mówił: "Starosto!
- "Jakem człek prawy! jakem Polak prawy!
- Tak pragnę córkę twoją uszczęśliwić,
- Wierzaj mi i bądź, Starosto, łaskawy!"
- Tu pragnąc trupi głos nieco ożywić,
- Pociągnął wina; pił jak but dziurawy
- I zwykł się nieco był po piciu krzywić;
- Tak wyciągnąwszy blisko wina kwartę,
- Zmarszczył i czoło rozjaśnił wytarte.
- I rozjaśniony znów do zamku pana:
- "Starosto, zezwól na szczęśliwość naszą!"
- Tak mówiąc teścia przyszłego kolana
- Ścisnął pod stołem, i oczy, co straszą
- Chłopów jak oczy czerwone szatana,
- Uczynił cukrem i ponętą ptaszą –
- A miał na oczach swoich, jak jastrząbek,
- Z powiek wilgotno–czerwonych obrąbek.
- Starosta na pół spiący, ale grzeczny,
- Nie wstawał ani odpowiadał na to;
- Pan to był bowiem, co chciał być bezpieczny,
- Zwłaszcza gdy ujrzał twarz żółtą, wąsatą,
- I wiedział, że gniew może ściągnąć wieczny,
- Gniew, który czeka z lichwą i z wypłatą.
- Siedział więc zimny, lecz trochę się puszył,
- Że w konkur wielki pan o córkę ruszył.
- Nie odpowiadał nic, bo przez półowę
- Już spał – a wreszcie nie chciał odpowiadać.
- Pan Dzieduszycki zaczął prośby nowe,
- Jak do pacierzy jął ręce układać;
- Już się był począł przez słowa miodowe
- Do uśpionego na pół serca wkradać,
- Już widział uśmiech, co poprzedza wszędzie
- Ostatnie, słodkie słowo: "Niech tak będzie".
- Gadając ręce pokornie złażone
- Na stół położył obie i wytrzeszczał
- Na pana zamku oczy zaiskrzone –
- Albowiem uśmiech mu senny obwieszczał,
- Że po pijanemu zdobył sobie żonę –
- Wtem nagle jak wąż wzdął się i zawrzeszczał,
- Wstał... lecz na stole miał obiedwie dłonie,
- A na nich papier i orła w koronie...
- Orzeł na karcie był – a karta była
- Nożem tureckim do rąk mu przybita...
- Boleść go nad nią w arkadę skrzywiła,
- Oczy w niéj toną – myślałbyś, że czyta,
- Że karta trupie kolory odbiła
- Na jego żółtą twarz. Ksiądz karmelita
- Za stołem cicho stał i patrzał z góry
- Na czytelnika bladego tortury.
- Ocknięty zamku pan – to raz na księdza,
- To znów na ściany patrzał wstając z wolna,
- Ręka na szabli, w oczach gniewu jędza
- Ledwo się w sobie pohamować zdolna...
- Lecz myślał, że mu sen mary napędza,
- Tak dziwną była ta cisza okolna,
- Ten papier nagle do stołu przybity,
- Dzieduszyckiego jęk – wzrok karmelity.
- Już dawno by się był skokiem lamparta
- Rzucił do szabli – ale mówiąc szczerze...
- Myślał, że sen mu grał sztukę Mozarta,
- Że Donżuana widział na operze,
- Gdy trupa ziemia puściła otwarta
- Na muzykalny wieczór i wieczerzę.
- Tak trudno było pomiarkować zrazu,
- Czy ksiądz był z ciała ludzkiego, czy z głazu.
- Godzina była nocna i bez przerwy
- Piał kogut, świece miały długie knoty,
- Na wieżach zamku spiewał ptak Minerwy,
- A w jednym oknie miesiąc stanął złoty –
- Znacie działanie téj gwiazdy na nerwy –
- Miesiąc więc w oknie stał, dziwne łoskoty
- Na dachu, jakby jęczenia grobowe;
- Wreszcie Ladawy pan – odzyskał mowę.
- "Ktoś ty?" – Ksiądz milczał. – "Co tu robisz, mnichu?
- Co znaczy papier ten? na Lucyfera!"
- Tu Dzieduszycki zajęczał po cichu,
- Ale tak jęknął jak człek, co umiera.
- Spojrzał – chciał spojrzeć, lecz w powiek kielichu
- Nie było oczu, tylko białość szczera
- Jak w zwierciadlanym łysnęła odruzgu;
- Szkło tylko – gałki uciekły do mózgu.
- Starosta spojrzał i cofnął się biały
- Jak wosk, jak oczy, którymi go szukał
- Pan Dzieduszycki; ale okazały
- W cofnieniu się swym, na ludzi nie hukał,
- Zwłaszcza że ksiądz był wielki – a on mały.
- Nieraz zaś przedtem pan Starosta fukał
- Na równych sobie, niższym dawał szlagę
- Licząc na swoją małość i powagę.
- Więc co miał w oczach skier, wszystkie zapalił,
- Co miał na czole zmarszczków, zebrał razem.
- Sam by się Jowisz oburzony chwalił
- Tak olimpijskim na twarzy wyrazem.
- Spiorunowany ksiądz się w proch nie walił,
- Lecz w jedną szybę okien rzucił głazem.
- Na ten brzęk wszystkie ganki i komnaty
- Przewiał ogromny wrzask: "Konfederaty!"
- Starosta spuścił łeb – ksiądz się przybliżył
- I wyjął szablę mu złoconą z ręki:
- "Przebacz, wielmożny pan, jeślim ubliżył,
- Lecz zamek był nam potrzebny, a jęki
- Tego człowieka słuszne. Bóg go zniżył.
- Ten, co na krzyżu poniósł krwawe męki,
- Ten go nam daje; a wyrok nie minie:
- Kto mieczem grzeszył, ten od miecza zginie". –
- Podczas téj mowy twarze się wąsate
- Pokazywały w podwojach, kołpaki,
- Konfederatki czapki i rogate,
- I krągłe, i kapuzy, i pakłaki,
- I owe jeszcze uszami skrzydlate,
- Co ekonomów są laurem. Gdy taki
- Rój czapek i rój północnych latarek
- Zjawił się, rzekł ksiądz: "Ja jestem ksiądz Marek!"
- Wstrzymał się – powiódł okiem po Staroście,
- Zmarszczył się... i rzekł: "Dla Kozaka Sawy,
- Który się bije z chłopami na moście,
- Wypuścić racę nad zamkiem Ladawy;
- Wy się tu, proszę, bracia, nie panoszcie
- Rabunkiem, zamek się nie poddał krwawy;
- Ale wielmożny dziedzic sam to czuje,
- Że opór próżny – więc kapituluje".
- Na to Starosta krzyknął: "Protestuję
- Przeciwko zdradzie haniebnéj waszmościów.
- Jako Rzymianin z zamku ustępuję.
- Mieć nie będziecie nawet moich kościów".
- Tu mi czytelnik zapewne daruje
- Trochę w téj mowie niegramatycznościów
- Lub niechaj raczy ze mną na spoczynek
- Do księżycowych wrócić Anielinek.
- O! tam poezja gotowa – Romeo!
- Pożycz mi twoich słów rozpłomienionych.
- Zresztą już Ursę mam z Kasyjopeą,
- Mam księżyc i mam dwoje serc pęknionych,
- I Filomelę, co tak jak J. B. O.,
- Ów londyńczyków słowik zapalonych,
- Śpiewa dla chcących spać arystokratów,
- Tak że go wszyscy dają do stu katów.
- O! tam poezja. – Gdyby tylko na to,
- Aby się żegnać, warto brać amanty.
- Czuliście kiedy tę łzę lodowatą
- Przy pożegnaniu, ciężką jak brylanty?
- Te słowa: "Pójdę i skonam za kratą!"
- Czyście słyszeli te słodkie kuranty
- Grane przez wszystkie pozytywki żywe,
- A jednak, przysiągłbym, że niefałszywe?
- Czyście żegnali? klęczeli? włos rwali?
- Tracili ducha? wymowę? kolory?
- Pugilares z paszportem i t[ak] d[aléj].
- Czy przysięgaliście jako upiory
- Wrócić po śmierci przy księżycu biali?
- Łopotać w okno czarne skrzydłem zmory?
- Kochankę swoją w noc poślubną napaść,
- Unieść na koniu i w ziemię się zapaść?
- Czy wam pozwolił potém los nie wrócić?
- Zachować smutku wrażenie niestarte
- I całe życie się przeszłością smucić?
- Odwiedzać morza, ludy, Egipt, Spartę?
- A zawsze: "Ona teraz musi nucić!
- Teraz na księżyc oczy ma otwarte!" –
- Ach, takem ja śnił... lecz na piramidzie,
- Tfu!... odebrałem list, że za mąż idzie.
- To mię cokolwiek zmięszało – nie bardzo –
- Ale cokolwiek zmięszało, Bóg świadkiem!
- Są ludzie, którzy wtenczas klną i gardzą,
- Lecz ja to smutnym nazywam wypadkiem.
- Takich dwa, a me serce tak zatwardzą,
- Że nezabudką już ani bławatkiem
- Nie da się nigdy wyprowadzić w pole,
- Chyba mi posag położą na stole.
- Ha, takem zgorzkniał, że nawet nie trącę
- W téj pieśni – smutnéj lutni pożegnania.
- Szeptali długo jak wierzby płaczące,
- Gołębie słychać tam było gruchania,
- Łzy zimne – usta zmywają gorące,
- Słychać serc bicia, płacze, słowa, łkania,
- Już się rozeszli – rzecz skończona – horror!
- Miłość przechodzi już w pamiątek kolor...
- W kameleona, w serdeczną jaszczurkę,
- W rzecz poetycznie piękną, w sen niebieski,
- W muzę, Olimpu zamglonego córkę,
- W poemat smutny od deski do deski,
- W mgłę podnoszącą się z łez, w białą chmurkę
- Na tle przeszłości, w gwiazdę, w arabeski
- Tęczowe – chmurą obwiedzione złotą.
- W dole: Raphaël pinxit albo Giotto.
- W galerii siedzi dusza. – O! tęczowa
- Kopuło myśli, tyś moim kościołem! –
- Wymalowana, jasna, księżycowa,
- Nad srebrnym duszy wisząca aniołem,
- Modlitwą w tobie są rozpaczy słowa,
- Serce wygląda jak urna z popiołem
- W najtajemniéjszéj kaplicy stojąca –
- Tak jesteś, gdy cię żaden wiatr nie trąca.
- Lecz kiedy burza zawiéje i zruszy
- Z filarów ciebie, kopuło tęczowa,
- Pękasz jak niebo nad aniołem duszy;
- Próżno się broni w błyskawicach głowa:
- Cały gmach na nią upada i kruszy
- I ją, i serce, które biedna chowa
- Jak smętny łabędź pod skrzydły białemi.
- Pękło – popioły rozwiał wiatr po ziemi.
- Skończona wielka tragedia powagi
- I ciszy greckiéj; reszta – wiatru wyciem;
- Myśl zabłysnęła nagle jak miecz nagi,
- Marzenia stają się czynem i życiem,
- Czyny się stają piorunem odwagi –
- Rozbiły kościół! – Pod jego rozbiciem
- I serce pękło, i burza przewyła...
- Z wszystkiego, patrzcie, co: krzyż i mogiła.
- Przez wszystkie takie sceny, odgrywane
- W teatrze naszych wnętrzności, Maurycy
- Przéjdzie, uczuje sercem każdą zmianę,
- Czas mu postawi zwierciadło różnicy,
- Czas matematyk. Dziś serce strzaskane;
- Ruszył na koniu pędem błyskawicy;
- Za nim pasieka, szczęście, przeszłość, ona,
- Kto wie – za kilka lat czy jego żona?
- Panna Aniela, jeszcze nieświadoma
- Odmian, które się w zamku wydarzyły,
- Biegła; ścieżeczka przed nią była stroma,
- Pomiędzy skalne wijąca się bryły,
- Potém sadzawka i ów dąb z rękoma
- Założonymi, ów dąb pełen siły,
- Który się dawniéj kochał bez nadziei,
- Jedne swe oko topiąc w Galatei.
- Nad tą sadzawką nasza młoda panna,
- Już zadyszana stanęła poprawić
- Włosy. Sadzawka była bowiem szklanna,
- Można się było w niéj oczyma bawić,
- I była to gwiazd kryształowych wanna,
- I rybki się w niéj zaczynały jawić,
- Długie, błyszczące robiąc korowody,
- Ilekroć łezkę rzuciła do wody;
- Ale przed rankiem rybki spały na dnie.
- Panna Aniela uwiązała włosy,
- Nie przypatrzyła się nawet – czy ładnie,
- Lękała się tknąć kwiatów pełnych rosy...
- I serce biło w niéj – bo chciała zdradnie
- Do zamku dostać się, a jakieś głosy
- W powietrzu cichym brzęczały i gwary,
- Jak gdyby przez sen mruczał zamek stary.
- Konfederatów był to wrzask daleki,
- Którzy już doszli byli do piwnicy.
- Panna Aniela wezwała opieki,
- Nabożną będąc, u Bogarodzicy –
- A wtem, gdy wzniosła do nieba powieki,
- Blask jakiś nagły jak od błyskawicy
- Całą oślepił. – Nim oddech utracę
- W téj strofie, powiem, że ujrzała racę.
- Była to owa raca nakazana
- Przez księdza Marka na znak panu Sawie...
- Pod biedną panną zadrżały kolana
- Z trwogi – wąż leciał paląc się jaskrawie
- I syczał, i tak jak oko szatana
- Spojrzał z błękitu, i tak jako pawie
- Piór płomienistych zaokrąglił końce,
- I zatrzymany w niebie, trwał jak słońce.
- Anieli zdało się, że już odkryta,
- Że już ją widzi ojciec, jéj dugena,
- Niebo, ta raca na gwiazdach rozbita.
- I każda róża w ogniu, i falena;
- Już zdało się jéj, że świat cały pyta
- I pokazuje ją palcem. – Ta scena
- Byłaby bardzo przykra dla téj panny,
- Gdyby to zamiast racy był świt ranny.
- Lecz raca zgasła i swe włosy złote
- W ciemnym powietrzu cicho osypała.
- Kilka z tych włosów przez grubą ciemnotę
- Upadło właśnie z nieba tam, gdzie stała
- Panna Aniela myśląc, jak tę psotę
- I te wycieczki będzie ubierała
- W wymówki; i pod ulewą ognistą
- Przybrała na się postać dziwnie czystą.
- Różane usta przygryzła zdradliwie,
- Z oczu spuszczonych w bok miotała błyski,
- Trochę się patrząc smutnie i fałszywie;
- Przygotowała dla ojca uściski,
- Dla guwernantki podobne pokrzywie
- Pocałowanie, jeden ukłon niski
- Dla pretendenta do obrączki ślubnéj
- I z tym ukłonem uśmiech – treści zgubnéj.
- Mimo to wszystko serce biło szybko;
- Coś do téj główki wpadło i pobiegła,
- Biegnąc, jak gdyby była złotą rybką,
- Która od wędki z dala plusk spostrzegła;
- I coraz prędzéj leciała, i gibko
- Chwiała się, ogniem twarzyczkę zażegła,
- Zadyszała się – i różowa wpadła
- W bramę, i wkoło spojrzała, i – zbladła.
- Przy bramie stali obcy ludzie mnodzy,
- Różnego stroju, wąsaci i zbrojni.
- Widać, że byli trzymani na wodzy,
- Bo ujrzeli ją i stali spokojni.
- Byli to wszystko szlachcice ubodzy,
- Patryjotyczni bardzo, bogobojni,
- Na pierwszy ogień szli, stali przy bramach,
- Choć zimno, rzadko który w lisich błamach.
- Nie zapytała ich o nic, nie śmiała
- O nic zapytać panna starościanka.
- Ale spojrzawszy na nich już nie drżała,
- Już wyglądając dumnie jak Rzymianka,
- Wyprostowana, sroga, trochę biała,
- A okiem paląc jak transteweranka,
- Biegła, jak wicher szła przez korytarze,
- O swego ojca twarz patrząca w twarze.
- Jako Elektra weszła; elektrycznie
- Cała się wstrzęsła widząc ojca w tłumie,
- Który dowodził wtenczas retorycznie,
- Że schylić głowy przed nikim nie umie,
- Że rad by się był rozsądzić granicznie
- Z konfederacją... i t[ak] d[aléj]. – W szumie
- Tych słów nic więcéj nie pojęła córa,
- Tylko że ojcu grozi jakaś chmura.
- Blady był bowiem starzec, jego ręce
- Drżały. – Tu powiem, że Dzieduszyckiemu
- Pożyczył, niegdyś proszony, naprędce,
- Kozaków przeciw panu Pułaskiemu.
- Słusznie więc teraz zbladł jako jarzęce
- Świece, trupowi podobien białemu.
- I ów pan, cały purpurowy wczora,
- Wyglądał jako statua Komandora.
- Ujrzawszy córka to, nie mówiąc słowa,
- Pewnymi kroki do stołu się zbliża,
- Widzi, że Sterczy w nim sztyletu głowa
- W papier utkwiona, więc jak piorun chyża,
- Wyrywa ten nóż i za gorset chowa.
- Wtenczas, by ręce boże zdjęte z krzyża,
- Rąk dwoje wyszło spod papieru, obie
- Te ręce zdrajca położył na sobie –
- I oblały go krwią jasną dziurawe
- Dłonie, i włos mu okrwawiły siwy.
- Potém ku piersiom poniósł ręce krwawe
- I na żupanie białym znak straszliwy
- Został, jak owe ordery plugawe,
- Które dziś każdy kat i człowiek krzywy
- Wiesza na piersiach. – Potém się posunął,
- Dał krok, zawrzeszczał jak szatan – i runął.
- Serce w nim chore biło coraz prędzéj,
- Czekając tylko na noża wyjęcie,
- I pękło. – Siwy ten sęp z okiem jędzy
- Utonął teraz już w dziéjów odmęcie;
- Ale są życia, co z téj saméj przędzy
- Winą się, dla nich ten rym i przeklęcie!
- Niech swoją przyszłość w téj pieśni odkryją!
- Niech jak psy patrzą na trupa i wyją!
- Gdy padł, rąk własnych sczerwieniony łzami,
- Ksiądz Marek z krzyżem do niego przyskoczył,
- Lecz zdrajca za krzyż ukąsił zębami,
- A potém ręką odepchnął i zbroczył.
- Szmer zgrozy zachwiał w pokoju światłami.
- Ksiądz wyjął brewiarz, ustami namoczył
- Palec, i karty przewracał z pokorą,
- Wiedząc, że duszę tę – już diabli biorą.
- Wtenczas Starosta rzucił się do stołu,
- Kułakiem stuknął krzycząc: "Rozbójnicy!"
- Przemierzył księdza od góry da dołu:
- "Waszeć byś lepiéj modlił się w kaplicy
- Niż... z mojego cię wyklnę Kapitołu!
- Córko, podaj mi papier – kozak, świécy! –
- Siadaj tu, panna, et pagina fracta
- Pisz protestacją, która pójdzie w akta".
- Posłuszna panna Aniela usiadła,
- Chwyciła w rękę pióreczka łabędzie,
- A starzec do niéj: "Ta krew czarna, zsiadła,
- Ta krew na stole atramentem będzie;
- Umocz tu pióro". Aniela pobladła;
- Krwią był zalany stół aż po krawędzie,
- Krwią, co wyciekła z rąk regimentarskich,
- Gdy mu przybito do rąk wyrok barskich.
- Ale posłuszna w krwi zmoczyła pióro,
- Potém spójrzała i dreszcz ją przeniknął. –
- "
- Ów czyn nieszczęsny i haniebny... juro!...>"
- Tu karmelita ksiądz powstawszy krzyknął:
- "Ja egzorcyzmem te szatany zwalczę...
- Co ty krwią każesz pasać, bałwochwalcze?
- "A ty, panienko, grzech ściągasz na duszę
- Pisząc bluźnierstwa takie krwią człowieka.
- Ja was tu jednym znakiem krzyża skruszę
- I na tym miéjscu krwi popłynie rzeka,
- Gdzie stoję, a te góry palcem ruszę
- I na Moskali pójdą! – Kto tu szczeka?
- Kto tu urąga się z Bożego Ducha?
- Kto tutaj słysząc nie słyszy i słucha?
- "Zaprawdę, mówię ci, panie Starosto,
- Że masz na oczach bielmo i ślepotę.
- I powiem ci tu bez ogródek – prosto,
- Że prosto idziesz w piekielną ciemnotę.
- Za to cię Pan Bóg chciał ukarać chłostą
- I gdyby nie ja – te komnaty złote
- Byłyby dzisiaj twoją krwią zwalane
- I purpurowe, i w ogień odziane.
- "Czy nie wiesz o tym, że na Ukrainie
- Zaczęła się rzeź i szlachty wyrznięcie?
- Pod święconymi nożami krew płynie;
- Pop otwiera pierś, a chłop daje cięcie
- W bijące serce. Cały naród ginie
- Jak w zapalonym przez Boga okręcie;
- A ty, że byłeś jak miecz obosieczny,
- Ale bezczynny, sądzisz, żeś bezpieczny!
- "Gdyby nie nasze nad tobą czuwanie,
- Dzisiéjszéj nocy kozak twój Mohiła
- Miał tu pohulać z tobą, wielki panie.
- Dziś by tu wielka rzeź w zamczysku była.
- Idź! – on przykuty łańcuchami w ścianie,
- A przy nim zbójców powiązanych siła...
- Idź! obacz, jakie teraz mają łoże;
- Leżą na workach, a w tych workach noże!
- "O! taka pościel będzie dla grzesznika,
- Co jak ty patrzy na mordy spokojnie;
- Dziś byłbyś w piekle, tu bez spowiednika
- Zamordowany. – Pan Sawa się zbrojnie
- Z twoimi chłopy na moście potyka
- I za twą całość krew wylewa hojnie.
- A twoja siwa się tu rzuca głowa,
- Jak gołąb biała, lecz w myślach jałowa".
- Podczas téj mowy pan Starosta w czoło
- Księdza jasnymi patrzał się oczyma;
- Nagle jak człowiek, gdy ujrzy, że gołą
- Zbójca siekierę nad głową zatrzyma...
- Zadrżał. – A wtem pan Sawa wszedł wesoło,
- Sawa, ogromny skarb dla pisoryma,
- Pół–Kozak, a pół–szlachcic – ten donosił,
- Że całą groblę Starosty krwią zrosił.
- I widać było to na nim; wszedł z brzękiem,
- Hucznie, lecz spójrzał i zmięszał się cały
- Ujrzawszy oczy, w których całym pękiem
- Kupido trzymał najeżone strzały.
- Zamek był broni napełniony szczękiem,
- Trup na podłodze, karmelita biały
- Nad trupem, blady Starosta, stół krwawy,
- Za stołem panna anielskiéj postawy
- Jako Sybilla z piórem w ręku. – Basta!
- Na tym się moja pieśń kończy obrazie.
- Daléj ujrzycie zapalone miasta,
- Szlachcica z Żydem, z psem, na drogoskazie
- Wiszących – romans w poemat urasta –
- Coś w nim o królu będzie, o zarazie,
- O Panu Bogu. Pociągnąwszy hausta,
- Jak się rozogni myśl, napiszę Fausta.
- Jak się rozgniewam nad imaginacją,
- Diabłowi oddam bohatera duszę...
- I pewnie zyskam wszystkich aprobację,
- A tych, co płakać ze mną nie chcą – zmuszę.
- I demokracją, i arystokracją
- Do łez głębokich trzecią pieśnią wzruszę
- Wziąwszy następnie za rymów dewizę:
- Jeżeli gryzę co – to sercem gryzę.