Beniowski/Pieśń I
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
- Za panowania króla Stanisława
- Mięszkał ubogi szlachcic na Podolu;
- Wysoko potém go wyniosła sława;
- Szczęścia miał mało w życiu, więcéj bolu;
- Albowiem była to epoka krwawa
- I kraj był cały na rumaku, w polu;
- Łany, ogrody leżały odłogiem,
- Zaraza stała u domu za progiem.
- Maurycy Kaźmierz Zbigniew miał z ochrzczenia
- Imiona; rodne nazwisko Beniowski.
- Tajemniczą miał gwiazdę przeznaczenia,
- Co go broniła jako częstochowski
- Szkaplerz – od dżumy, głodu, od płomienia
- I od wszystkich plag – prócz śmierci i troski;
- Bo w życiu swoim namartwił się bardzo,
- A umarł, choć był z tych, co śmiercią gardzą.
- Młodość miał bardzo piękną, niespokojną.
- Ach! taką tylko młodość nazwać piękną,
- Która zaburzy pierś jeszcze niezbrojną,
- Od któréj nerwy w człowieku nie zmiękną,
- Ale się staną niby harfą strojną
- I bite pieśnią zapału, nie pękną.
- Przez całą młodość pan Beniowski bujnie
- Za trzech ludzi czuł – a więc żył potrójnie.
- Wioseczkę małą miał – ale dziedziczną,
- Dwadzieścia miał lat – był u siebie panem.
- Spraszał do domu szlachtę okoliczną,
- Fortunka jego ciągle ciekła dzbanem.
- Miał nadto proces i sprawę graniczną;
- A prędzéj sprawę wygrałby z szatanem
- Niż z ową psiarnią wtenczas palestrantów:
- Słowem, że przyszło do długów i fantów.
- Pozbył się naprzód klinów i futorów.
- Potém i konie wyprzedał z uprzężą –
- Nie znano wtedy jeszcze w Polsce szorów,
- O które żony dziś mężów ciemiężą
- Pozbył się potém swoich białozorów,
- Regentowi dał charty, w rękę księżą
- Ostatnie grosze dwa za ojca duszę
- I na ornaty dwa ojca kontusze.
- Z tych majątkowych ostatnich konwulsji
- Nie zyskał, jedno wyrok przeciw sobie;
- Wyrok, w którym rzecz była o ekspulsji.
- Mało o to dbał (tracąc na chudobie,
- Dzisiaj są ludzie młodzi stokroć czulsi),
- Lecz pan Beniowski rzekł: "Ja sam zarobię
- Na drugą wioskę et si non mi noces,
- Fortuna – z wioską nabędę i proces.
- "I znowu mój syn będzie miał przyjemność
- Z palestrą jadać i być Akteonem,
- I na przyjaciół wzdychać niewzajemność,
- I stać, tak jak ja, pod ciemnym jesionem,
- Który mój ojciec sadził... O nikczemność!..."
- Tu pan Kazimierz jęknął harfy tonem
- I na szumiący jesion łzawo spojrzał.
- W téj chwili zyskał trochę – trochę dojrzał.
- Trochę skorzystał w sobie jako prawnik,
- Trochę skorzystał jak człowiek odarty,
- Na którego sam pan sędzia, zastawnik
- I regent – niby trzy głodne lamparty
- Lub jako muły puszczone na trawnik,
- Lub jak na duszę rozsierdzone czarty
- Wpadli, ogryźli i na pocieszenie
- Rzecz zostawili słodką – doświadczenie.
- O doświadczenie! ty jesteś pancerzem
- Dla piersi, w któréj serce nie uderza;
- Jesteś latarnią nad morskim wybrzeżem,
- Do któréj człowiek w dzień pochmurny zmierza;
- O doświadczenie! jesteś ciepłym pierzem
- Dla samolubów; tyś gwiazdą rycerza,
- Bawełną w uszach od ludzkiego jęku;
- Dla mnie, śród ciemnéj nocy – świecą w ręku.
- Lecz pan Beniowski liczył lat dwadzieścia,
- O doświadczenie jak o grosz złamany
- Nie dbał – wolałby mieć wioskę i teścia,
- To jest ślubem być dozgonnym związany
- Z panną Anielą. – Téj sztuka niewieścia
- Sprawiła, że był srodze zakochany;
- Na gitarze grał i rym śpiewał włoski,
- I wszystko dobrze szło – dopóki wioski
- Nie stracił... wtenczas po włosku: addio!
- Po polsku: pisuj do mnie na Berdyczów.
- Okropne słowa! jeśli nie zabiją,
- To serce schłoszczą tysiącami biczów.
- Panna Aniela, dziewczę z białą szyją,
- Była z rodziny dostatniéj A...wiczów...
- Kochała wiernie – wierność była w modzie
- Lecz ojciec – ten stał jak mur na przeszkodzie.
- Mimo to jednak Aniela, jak róże,
- Co nad wysoki mur liściem wybiegną
- Patrzeć na słońce – oczy miała duże,
- Czarne – jak róże, co się nad mur przegną
- I mimo czujne ogrodowe stróże
- Zerwaniu chłopiąt i dziewcząt ulegną,
- A potém gorzki los tych niewiniątek
- Więdnąć na włosach i sercach dziewczątek;
- Aniela – mimo ojcowskie czuwanie –
- Widywała się ze swoim Zbigniewem.
- Kronika milczy, czy to widywanie
- Odbywało się pod jaworu drzewem,
- W godzinę, kiedy słychać psów szczekanie,
- Kiedy słowiki wywołują śpiewem
- Księżyc spod ziemi; lecz pozwól, asindziéj,
- Że się nie mogli widywać gdzie indziéj...
- Zwłaszcza o innéj porze... Ojciec srogi,
- Do tego wielki oryginał, splennik;
- Diabeł wie, jakiéj wiary: w rzymskie bogi
- Wierzył i wierzył w proroctwa i w sennik,
- Chrystusa także krwią oblane nogi
- Całował; zwał się cesarzów plemiennik...
- Słowem, była to dziwna meskolancja
- Świętości, złota, folgi – jak monstrancja.
- To porównanie pojąłbyś od razu,
- Gdybyś go widział w złocistym szlafroku,
- Z łbem łysym, gdzie jak z Rembrandta obrazu
- Odstrzeliwało słońce; kiedy w mroku
- Adamaszkowych purpur stał jak z głazu
- Kłaniającym się ludziom na widoku
- I stał jak martwy, niczym się nie wzruszył,
- Lecz widać było, że żył – bo się puszył.
- Zamek jego stał nad rzeczką Ladawą,
- Na skale, a pod skałą staw był wielki.
- W tym stawie widać było twarz jaskrawą
- Słońca i białe łabędzie Anielki;
- Grobelka z młyńską u końca zastawą,
- Za groblą kościół Panny Zbawicielki
- Z trzema wieżami baniastymi w złocie
- I chat okienka niby oczy kocie.
- Wszystko to było dziwnie piękne, cudne!
- Zwłaszcza że szlachcic, wielki oryginał,
- Góry uczynił do przebycia trudne,
- Wężowe w skałach ścieżki powycinał
- I między róże, co rosły odludne,
- Postawiał golce rzymskie: ten puginał
- W ręku swym trzymał i twarz miał brodatą –
- Skąd łatwo było poznać, że to Kato;
- Apollo w morzu zostawił koszulę
- I na Starosty górach stał bez listka;
- Daléj w egipskich katakombach... ule;
- Daléj posągi, którym koniec świstka
- Wyłaził z gęby i przemawiał czule
- Do pana zamku jak do Antychrystka...
- Albowiem wszystkie te pomysły pańskie
- Nie katolickie były – lecz pogańskie.
- W ogrodzie stała jakaś larwa niema,
- Czarna, ogromna, rozrosła szeroko;
- Był to krzesany dąb na Polifema.
- Jedno w koronie miał wybite oko,
- A tyle widział nieba, co obiema,
- I nad sadzawką coś dumał głęboko,
- Patrząc tym jednym okiem w ciemną wodę:
- Na deszcz miał czarny wzrok, jasny w pogodę.
- Naprzeciw była bardzo ciemna grota;
- Przed nią się nieraz siwy rybak skłoni,
- Gdy go na stawie ogarnie ciemnota,
- A sieci pluszczą śród spokojnych toni;
- Albowiem w grocie Matka Boska złota,
- Z wieńcem różanych lamp na jasnéj skroni,
- Jako Dyjana o poranku biała,
- Na staw z różanéj tęczy wyzierała...
- Słowem, było to istne głupstwa wzgórze,
- Zwierciadło czyste cnego antenata,
- Na którym meszty świeciły papuże,
- Rzymska, purpurą bramowana szata,
- Przy ucztach często na łysinie – róże,
- A w ręku czara ze śmiercią Sokrata,
- Tak dobrze, wiernie wykowana rylcem –
- Że kto pił, zdał się mędrcem – nie opilcem.
- Z tego wszystkiego pan Kazimierz śmiał się.
- Lecz zakochany w cudownéj Anieli,
- Wyjawić szczerze swoich myśli bał się;
- Polubił nawet te posągi w bieli,
- Te groty od lamp różane – i stał się
- Nabożnym bardzo w każdéj skalnéj celi;
- W każdéj albowiem była jego droga
- I w każdéj po niéj została część Boga –
- Woń jakaś, jakiś duch nieprzenikliwy,
- Co myśli wtrącał i duszę w marzenia.
- Każdy z nas miał kraj młodości szczęśliwy,
- Kraj, co się nigdy w myślach nie odmienia.
- Ja sam, com widział Chrystusa oliwy,
- Góry z marmuru i góry z płomienia,
- Wolę – i sądzę najpiękniéjszą z krajów
- Jedną maleńką wieś, pełną ruczajów,
- Pełną łąk jasnych, gdzie kwitnie wilgotna
- Konwalia, pełną sosen, kalin, jodeł;
- Gdzie róża polna błyszczy się samotna,
- Gdzie brzozy jasnych są kochanką źródeł –
- – A zaś przyczyna temu jest istotna,
- Że na tych bagnach, gdzie potrzeba szczudeł,
- Jam wtenczas bujał na młodości piórach,
- Jasny i chmurny – jako księżyc w chmurach.
- O Melancholio! nimfo! skąd ty rodem?
- Czyś ty chorobą jest epidemiczną?
- Skąd przyszłaś do nas? Co ci jest powodem,
- Że teraz nawet szlachtę okoliczną
- Zarażasz? – Nimfo! za twoim przewodem
- Ja sam wędrówkę już odbyłem śliczną!
- I jestem dzisiaj – niech cię porwie trzysta!
- –Nie Polak – ale istny bajronista...
- Trochę w tym wina jest mojéj młodości,
- Trochę – tych grobów, co się w Polszcze mnożą,
- Trochę – téj ciągłéj w życiu samotności,
- Trochę – tych duchów ognistych, co trwożą,
- Palcami grobów pokazując kości,
- Które się na dzień sądny znów ułożą
- I będą chodzić skrzypiąc, płacząc, jęcząc,
- Aż wreszcie Pana Boga skruszą – dręcząc.
- Prześliczna strofa! mógłbym zacząć od niéj
- Nowy poemat, jak Sąd ostateczny;
- I przy eumenid pokazać pochodni,
- Jak jest grzech każdy dziwnie niebezpieczny;
- Jak w jasnym niebie daleko jest chłodniéj
- Niż w piekle, kędy płonie ogień wieczny;
- Lecz wolę dzieło to rzucić na późniéj,
- Bo do porządku mnie wołają woźni...
- Ci woźni są to krytycy. – Kolego,
- Byłżeś w Arkadii téj, gdzie jezuici
- Są barankami?... Pasą się – i strzegą
- Psów; i tym żyją, co ząb ich uchwyci
- Na pięcie wieszcza. Kraina niczego!
- Pełna wężowych ślin, pajęczych nici
- I krwi zepsutéj – niebieska kraina,
- Co za pieniądze bab – truć nas zaczyna.
- O Polsko! jeśli ty masz zostać młodą
- I taką jak ta być, co dzisiaj żyje,
- I być ochrzczona tą przeklętą wodą,
- Któréj pies nie chce, wąż nawet nie pije;
- Jeśli masz z twoją rycerską urodą
- Iść między ludy jak wąż, co się wije;
- Jeśli masz zrównać się z podstępnym Włochem:
- Zostań, czym jesteś – ludzi wielkich prochem!
- Ale to próżna dla ciebie przestroga!
- Ciebie anieli niebiescy ostrzegą
- O każdéj czarze – czy to w niéj przez wroga,
- Czyli przez węża i pająka swego
- Wlane są jady. – Jesteś córką Boga
- I siostrą jesteś Ukrzyżowanego.
- Ciebie się żadna trucizna nie imie;
- Krzyż twym papieżem jest – twa zguba w Rzymie!
- Tam są legiony zjadliwe robactwa:
- Czy będziesz czekać, aż twój łańcuch zjedzą?
- Czy ty rozwiniesz twoje mściwe bractwa,
- Czekając na tych, co pod tronem siedzą
- I krwią handlują, i duszą biedactwa,
- I sami tylko o swym kłamstwie wiedzą,
- I swym bezkrewnym wyszydzają palcem
- Człeka, co nie jest trupem – lub padalcem.
- Lecz pokój z nimi!... Nie, ten brud ruchomy
- Nie zna pokoju – więc życzenie próżne!
- Niechaj więc włażą w zakrwawione domy,
- Niech plwają na miecz – stworzenia ostróżne,
- Aby zardzewiał, nim będzie łakomy
- Ich zgiętych karków, niech mają usłużne,
- W jadzie maczane pióra – dusze w bagnie,
- Niech żyją: takiéj krwi – nikt nie zapragnie.
- Czołem bijący w marmur Chrystusowy,
- Kiedym się skarzył na klątwy i zdrady,
- Tom się i o ten kielich krwi octowy
- Upomniał – i Grób zaparł się: że gady
- Z niego nie wyszły – lecz z urwanéj głowy
- Ten polip odrósł i lud wyssał blady.
- Wygnać go była kiedyś wielka praca...
- Ma nas za trupa ten szakal – i wraca.
- Precz z nim, lub jeśli przyczołgnie się żmija,
- Pod Boga skrzydło kryjmy się i gromy. –
- Lecz widzę, że mię ten liryzm zabija,
- Że na Parnasu szczyt prowadzi stromy,
- Kiedy czytelnik tę górę omija
- I woli prosty romans, polskie domy,
- Pijące gardła, wąsy, psy, kontusze;
- A nade wszystko szczere, polskie dusze.
- Wszystko mieć będzie, wszystko mu przyrzekam,
- Tylko o trochę cierpliwości proszę.
- Ja sam na muzę i natchnienie czekam
- I czoło moje pomarszczone noszę,
- I poematu ekspozycją zwlekam,
- I weny ducha lekkiego nie płoszę,
- Który na mózgu jak motyl na róży
- Usiądzie – aż się kwiat listkami zmruży,
- A potém nagle odemknie swe łono
- Świeże i jasne – i na okolice
- Rozeszle wonie, co wszystko pochłoną. –
- Ja się zdolnością natchnień bardzo szczycę
- I tu pokażę, że nie jest zmyśloną,
- Lecz z moich rymów czyni błyskawice,
- A mym przekleństwom daje siłę grotów.
- Czekajcie! – już pieśń zacznę – jużem gotów.
- Był wieczór. – Z kwiatów wychodziły wonie
- Melancholiczne, ciemniał las dębowy.
- Beniowski kazał osiodłać dwa konie:
- Jeden dla siebie, na drugim domowy
- Miał jechać sługa. Beniowski na skronie –
- Chciałbym powiedzieć: włożył hełm stalowy –
- Lecz nie poemat pisząc, tylko gadkę,
- Powiem, że tylko wdział – konfederatkę.
- Zapiął na piersiach szpencer z barankami,
- Zawiesił burkę z tygrysimi łapy,
- Wsiadł na koń, spojrzał na ganek ze łzami,
- Pogłaskał konia – koń otworzył chrapy
- I w ciemną domu sień zaparskał skrami
- Na pożegnanie. Klasły dwa harapy –
- Pana i sługi... I pan ze swym sługą
- Wyszli z rodzinnych progów – i na długo.
- O! gdyby wtenczas jaka nimfa smętna,
- Wiadoma ludzkiéj przyszłości, krzyknęła:
- "Już ty nie wrócisz! i stopy twéj piętna
- Są tu ostatnie! – lecz jeśli twe dzieła
- Zapisze sława wszystkiego pamiętna:
- Ten dom, z którego cię nędza wypchnęła,
- Będzie świątynią, a te ciche świerki
- Pójdą na krzyże i na tabakierki,
- "A twe koszule porżną na szkaplerze,
- A twe papiery – choćby to był tylko
- Od ekonoma list albo przymierze
- Wiecznéj miłości z Handzią lub Marylką –
- Sawantka łzami rzewnymi wypierze
- I w sztambuch wklei albo przypnie szpilką;
- Że twa peruka – jeśli masz perukę –
- Frenologistów podeprze naukę;
- "Że twój but prawy powieszą w Sybilli,
- A o znikniony lewy będą skargi". –
- Nie mówię więcéj, bo mój rym już kwili
- I łzami się już zalewają wargi!
- Lecz gdyby jaka nimfa w owéj chwili,
- Kiedy nasz rycerz na świata zatargi
- Puszczał się, takie proroctwo wyrzekła,
- Uczułby w sercu coś – coś na kształt piekła...
- O! dzika żądzo pośmiertnego żalu!
- Jakim ty jesteś smutnym głupstwem ludzi!
- Zwłaszcza że wiedziesz prosto do szpitalu
- Rozmarzonego. A nim się obudzi,
- Już w jego oczach, jak w mglistym opalu,
- Błyskają światła, szpitalnicy chudzi,
- Mniszek pacierze, trumien robotnicy,
- Mgła – za tą chmurą Pan Bóg na kształt świécy.
- Ale to wszystko jedno. – Nasz bohater
- Dom swój opuszczał ze swym starym sługą,
- Jak opuszczała swój dom panna Plater...
- A kiedyś, dawniéj, Czarnecki z kolczugą...
- Ach, tak jak późniéj nasz sejmowy krater,
- Który wybuchnął wielką, jasną fugą
- Z Warszawy – Wisłę przewędrował promem...
- I mówi, że jak ślimak wyszedł z domem...
- Ach, tak jak sztaby, klub i wszyscy święci,
- Co dzisiaj w każdém są kalendarzyku
- Emigracyjnym, niby z krzyża zdjęci;
- Jak ja nareszcie, co w tym słoneczniku
- Muszę się kręcić, bo się ze mną kręci
- Za każdém słońcem – słońc mamy bez liku!
- I trzeba dobrze nam tą myślą przesiąc,
- Że dla niezgody słońc – królem jest miesiąc.
- Lecz to dla innych wieszczów ta bez twarzy
- Walka, jak w dawnéj Skandynawów wierze
- Wojna niebieskich krwawych luminarzy.
- Teraz niech nowi wystąpią rycerze,
- Ułani, dawnych synowie husarzy,
- Którym krew ruska chorągiewki pierze.
- Pan Kaźmierz jechał takim być ułanem –
- Kłaniało mu się zboże całym łanem,
- Kłosek mu każdy dziękował ugięty,
- Bławatek każdy mu się przypatrywał
- Ani się skarzył, choć kopytem ścięty.
- Beniowski jechał cicho – sługa śpiéwał
- Jedną z tych pieśni, w których jęk zamknięty;
- A głos po łanach złocistych przepływał
- I wpadał w ciemny las, na dębów słuchy,
- Te drżały bijąc skrzydłami jak duchy.
- Ciemniało. – Rycerz wyjechał nad jary,
- Skąd rzucił okiem na dom swéj kochanki.
- Skała ta jako wielki obłok szary
- Stała nad stawem; nad nią były wianki
- Drzew ogrodowych i dom wielki, stary,
- Z płomienistymi okny i krużganki.
- Całą téj górze postać ekscentryczną
- Odjęła złota noc swą szatą śliczną.
- Nie widać było posągu Junony,
- Dalekim oczom zniknął gdzieś Apollo;
- Ale dąb widać było zamyślony,
- Co stał nad zamkiem, żeniony z topolą;
- Lecz z zamku księżyc wybuchał czerwony
- Jak smutny aktor, co z Hamleta rolą
- Wyjdzie na scenę. Księżyc wstąpił krwawy
- I oczerwieniać zaczął staw Ladawy.
- Pan Kaźmierz był z tych, co stawią na tuza
- Cały majątek; przegrał go i plunął –
- Lecz patrząc na ten dom, gdzie wziął harbuza
- I z nadziei swych na wiek wieków runął,
- Westchnął! – i wzniosła mu się w piersiach śluza,
- Łzami się zalał i z siodła się sunął
- Jak człowiek, który dostał nagle mdłości. –
- Przyskoczył stary Grześ: "Co jegomości?
- "Święta Maryjo, ratuj! dziecko kona!"
- Na to Beniowski rzekł: "Poprawiam strzemię".
- Odepchnął sługę, co go brał w ramiona,
- W konfederatkę się chlasnął i w ciemię,
- Spojrzał na księżyc, co zeń jak z Memnona
- Wydobył jęki, i całe trosk brzemię
- Takim westchnieniem wielkim w księżyc cisnął,
- Że księżyc śćmił się – zmarszczył – i znów błysnął.
- Westchnąwszy jechał daléj brzegiem jaru,
- A za nim sługa w ceglastym kontuszu.
- Smutnemu wiatr się zdaje pełen gwaru,
- Litość aniołów brzęczy koło uszu,
- Smutny jest gotów do bójki i swaru,
- Gorączkowego pełen animuszu.
- Takim Beniowski był i jego lozak –
- Szczęściem, że żaden się nie zjawił Kozak,
- Bo w takiéj chwili kochanek rozpaczny
- Gorszy niż lwica Wirgilla hirkańska.
- Jechał więc smutny rycerz; za nim baczny
- Na wszystko jechał Grześ – a wódka gdańska
- W skórzanéj flaszy dźwięk dawała smaczny
- I bełkotała ta nimfa szatańska
- Właśnie jak gołąb, co z miłości grucha,
- Lub poetyczna na Litwie ropucha.
- Słysząc, jak słodko zapraszała flasza,
- Spróbował jéj Grześ raz, dwa i trzy razy;
- I w oczach mu się wnet zrobiła kasza
- Z gwiazd, a sam księżyc był szperką, a głazy
- Ludźmi. Więc jako żona Eneasza –
- Został się w Troi, z konia spadł na ślazy,
- I tak bohater zbył swojego sługi –
- Ale za koniem jego szedł koń drugi...
- I było coraz ciemniéj... wtem – o cuda! –
- Koń Grzesia zaczął prześcigać panicza:
- Na nim siedziała jakaś wiedźma ruda,
- Gałąź pokrzywy miała zamiast bicza –
- Tu widzę, że mi się poemat uda,
- Że mi już muza swoich łask użycza;
- Więc daléj! wieszczów galopem wyprzedźmy,
- Jest ex machina deus – w kształcie wiedźmy. –
- Więc, jak powiadam, zrównały się konie.
- Beniowski nagle ocknął się i wzdrygnął
- Widząc, że siedział czart w srebrnéj koronie
- Na koniu, co go jak wicher prześcignął...
- I wziął z Kaźmierza rąk w kościane dłonie
- Lejce, i stepem zamroczonym śmignął
- Ciągnąc za sobą mojéj pieśni syna.
- Że Polak daje się wieść – nie nowina!
- Widziałem... Ale stój, muzo! bieg krzywy
- Tu nie przystoi wcale. – Miesiąc świeci,
- Na koniu wiedźma gałęzią pokrzywy
- Smaga po zadzie konia i tak leci
- W srebrnéj koronie jak anioł straszliwy,
- O którym roją na pół senne dzieci,
- Że ma koń ze mgły, z wężów srebrnych bicze,
- Skrzydła ogniste i niańki oblicze...
- I coraz prędzéj, jakby anioł zgonu
- Pędził za naszym rycerzem i babą.
- Dźwięk głuchy kopyt jak jęczenie dzwonu,
- Jako tętnienia echo jęczał słabo,
- A ręka wiedźmy jak liść wielki klonu,
- Gdy sczerwieniéje, lub jak mówi Strabo,
- Łapa ibisa, czerwona, bez pierza:
- Za lejc trzymała swój – i lejc rycerza.
- W zawrocie głowy rycerz wlepił oczy
- W tę rękę z trzema czerwonymi żyły.
- A więc rozmyślał, czy z konia zeskoczy –
- Ale mu jego koń był bardzo miły –
- Czy świśnie szablą, aż się łeb potoczy
- I spadnie z karku wiedźmy do mogiły –
- Ale i ta myśl druga, i ta chętka
- Zdawała mu się niezła – lecz za prędka.
- A tu bym wiedzieć chciał twe mądre zdanie,
- Mój czytelniku, i twój sąd o rzeczy:
- Gdyby cię takie spotkało porwanie
- I nie spodziewał się znikąd odsieczy,
- I widział taką rękę, mości panie!
- Czerwoną? – do miliona krwawych mieczy!
- Taką ohydną rękę? pełną kości,
- Co pozbawiła cię ludzkiéj godności!
- Zwłaszcza jeżeli jesteś demokratą
- I o swą godność indywidualną
- Dbasz wielce – co byś więc powiedział na to?
- Gdybyś przez babę tak suchą! fatalną!
- I – nie wiem pewnie – lecz może wąsatą
- Sę–symonistkę i nie idealną,
- Ale kościaną, był pozbawion woli
- I tchu i czynił to, co godność boli?
- Nie wiesz? – Więc sobie zamawiam twą łaskę
- Nadal, na rzeczy ważniejszych sądzenie. –
- Beniowski więc wpadł w szatańską zatrzaskę,
- Widzę w tym jego gwiazdę – przeznaczenie!
- I leciał jak wiatr, patrząc w bladą maskę,
- Którą słoneczne wkładają promienie
- Na twarz księżyca; a w tym prędkim biegu
- Świat mu się cały zdawał kłębem śniegu.
- Nagle – zwolniła kroku przewodniczka,
- Roześmiała się, zeskoczyła z siodła.
- Beniowski siedział na koniu jak świéczka,
- Patrząc, gdzie go ta wędrówka zawiodła.
- Ujrzał, że chwastem zarosła uliczka,
- Między skałami – co mogą za godła
- Służyć dwóm sercom rozdartym na wieki –
- Wiodła go prosto – prosto – do pasieki.
- Pasiekę tę znał dobrze i te skały,
- I tę ścieżeczkę, pełną rudéj glinki.
- Tutaj pasterskie roił ideały –
- Z których czytelnik może robić drwinki. –
- Starosta córce dał ten gaik mały
- I od niéj nazwał miejsce – Anielinki.
- A zaś ta wiedźma, na pozór straszliwa,
- Była to niańka panny, stara Diwa.
- Poznał ją rycerz i za tę czerwoną,
- Za tę ibisa rękę wnet uścisnął.
- "Więc ty Irydą jesteś, a Junoną
- Jest twoja pani? Teraz obłok prysnął!
- Ach, widzę, jaką miałem myśl szaloną!
- I co bym zrobił, gdybym szablą świsnął
- I odciął ci tę rękę, Diwo stara.
- Drugi raz nie graj w diabła i w Tatara".
- Tak mówiąc, za swą Diwą szedł z pośpiechem
- I ze skał wyszli na łąkę zieloną,
- Na którą księżyc spoglądał z uśmiechem
- Widząc tysiącznych róż otwarte łono.
- Chata, nakryta prostéj słomy wiechem,
- Ścieniona lipy ogromnéj koroną,
- Stała na łące, w najciemniéjszéj głębi,
- Z girlandą śpiących wokoło gołębi.
- Z drżeniem za Diwą szedł Beniowski młody
- Prowadząc konia, co się wyrwał z dłoni
- I poszedł z wolna, parskając, do wody –
- Ta wyglądała spod białych jabłoni
- Szarfą księżyca, błękitem pogody –
- Za nim koń drugi poszedł rżąc – a oni,
- To jest nie konie, lecz nasz rycerz z Diwą,
- Weszli w lepiankę pochyłą i krzywą.
- Staruszek, Diwy mąż, poświecił w sieni
- I drzwi otworzył od panny pokoju.
- Na progu stała jakby smętna ksieni
- Panna Aniela, cała w białym stroju;
- Z dyjamentowych zaś miesiąc pierścieni,
- Podobny do gwiazd migających roju,
- Błyskał na kruczych włosach rozwiniętych,
- Właśnie jakoby złote światło świętych.
- Beniowski myślał, że anioł, i witał
- Jak bóstwo: długim, przeciągłym westchnieniem,
- Potém się zmięszał i o zdrowie spytał –
- Co dziś byłoby wielkim uchybieniem!
- Nieświatowością! znakiem, że nie czytał
- Pani Sand, że się byronicznym cieniem
- Nie okrył, że jest niezgrabny w rozmowie,
- Że nie wie, jak to mówić romansowie.
- Ja sam się dziwię, że za bohatéra
- Wziąłem takiego prostego szlachcica!
- Oto pierwszy raz swe usta otwiéra
- Przed swą kochanką, która w nów księżyca
- Swe włosy czarnobłękitne ubiéra
- Jakby sawantka albo czarownica,
- I słyszy – że nie jak wieszcz lub astronom
- Kochanek wita ją – lecz jak ekonom.
- Na niezgrabnego już masz patent – a ja,
- Rycerzu, wyprę się twoich grubijaństw –
- I cała moich poematów zgraja
- Lęka się dalszych twoich swarów, pijaństw;
- Anhelli cię ma biały za lokaja
- I Balladyna skora do zabijaństw
- Wolałaby się w trupów ukryć gęstwie,
- Niż przyznać, że jest z tobą w pokrewieństwie.
- Co jest niejaką prawdą, bo te mary
- Jedne się rodzą z serca, drugie z głowy,
- A trzecie tylko z dziwnéj, twardéj wiary
- W przyszłość, a czwarte obłok piorunowy,
- A piąte mi koń w stepach przyniósł kary. –
- Lecz ten poemat będzie narodowy,
- Poetów wszystkich mi uczyni braćmi,
- Wszystkich – oprócz tych tylko – których zaćmi.
- Lecz do powieści. – Więc na progu stała
- Panna Aniela, prosta, dumna, czysta,
- Dla zalotników zwyczajnych jak skała,
- Z czego kochanek wybrany korzysta.
- Albowiem nigdy nie kokietowała
- Dlatego tylko, aby mieć ze trzysta
- Kornych kochanków pod wachlarza trzonkiem,
- Z których by żaden nie chciał być małżonkiem.
- Lecz u Polaków tak: ciągną jak słomki
- Za oczkiem jakiéj Marysi lub Wandy,
- Która im różne rozdaje przydomki,
- A wiosną listkiem cyprysu, lewandy
- Z nimi w zielone gra lub wiąże słomki,
- Lub wędkę rzuca w te rybek girlandy,
- Które za każdém wody pluskiem płyną,
- Skosztują – haczek obaczą – i miną.
- Lecz u Polaków tak: widziałem całe
- Przy jednéj pannie gimnazja, licea;
- Ta miała często rączęta niebiałe,
- A złość tak wielką w sercu jak Medea,
- A zaś korzyści z tych miłości małe
- I małe bardzo na późniéj trofea.
- Rozdały wiele włosów, łez, podwiązek:
- Żadna nie weszła stąd w małżeński związek.
- A stąd przestroga, że takie zbiorowe
- Miłoście nic są w miłości niewarte;
- Że lepiéj serce zawrócić niż głowę,
- Serca w miłości bowiem są uparte,
- Choć głowy stokroć bardziéj romansowe
- I stokroć bardziéj ogniście zażarte,
- I często widząc, że na świecie źle tym,
- Z rozpaczy kończą tak jak Werter w Götym.
- Więc z drugiéj strony w tym jest kompensacja
- Dla tych, co dzisiaj są starymi panny,
- Gdy na rozstajnéj drodze jaka stacja
- I kamień, i trup w białą czaszkę ranny
- Świadczą – że każda z nich, jako akacja
- Okryta słodkim kwiatem w czas poranny,
- Brzęczała wkoło pszczół zalotnych wieńcem
- I ma kochanka w piekle – potępieńcem.
- Takim sposobem wnet jest heroiną
- I poeci ją rymami zaszczycą:
- Już jéj nie nazwie nikt w pieśni dziewczyną,
- Lecz musi nazwać posępnie dziewicą,
- A kochanek jéj, jak Fingal lub Ryno,
- W chmurach skłębionych igra z błyskawicą
- I śpiewa wichrom piekielny tryjolet,
- Mając łzy w oczach – a w ręku pistolet.
- Ale to nie był los panny Anieli.
- Chociaż tak piękna jak żadna śmiertelna,
- Zbliżyć się ludzie i kochać nie śmieli.
- Została dumna i nieskazitelna,
- Chodziła jako łabędź lub anieli,
- Kołysząc się na giętkiéj stopie – strzelna
- Nie była swymi zrennicami – zgoła! –
- Lecz oczy czarne jéj – paliły czoła.
- Włosy jéj długie, krucze, w róg zwinięte,
- Ciężyły głowie swą jedwabną wagą.
- Ta sama głowa miała kształty święte
- I uświęcone snycerską powagą,
- Smukłe, ku plecom w okrągłość ściągnięte –
- Ktokolwiek widział marmurową nagą
- Florencką Wenus, nie weźmie za fraszki
- Tego, co mówię tu o formie czaszki –
- Jak owe jaje, w którym kiedyś Leda
- Powiła syna bogu–łabędziowi;
- Jak? – dzisiaj się to wytłumaczyć nie da
- Przez żaden nowszy cud katolikowi;
- A gdym tłumaczył, to panna Prakseda
- Święta – aniołek jezuicki, wdowi –
- Jak na kazaniu siedziała sanskryckim,
- A potém dała mi w sam łeb – Witwickim.
- Więc dziękowałem Bogu, że spod prasy
- Nie wyszło jeszcze sześć psalmów Bojana,
- Bobym te wszystkie katolickie kwasy
- Miał na łbie, wszystkie sześć – bo ta kochana
- Panna Prakseda, gdy chodzi w zapasy
- I chce traktować kogo jak szatana,
- Co ma pod ręką katolickich wieszczy,
- Rzuca na głowę i bije, i wrzeszczy.
- Podziękowawszy więc Bogu, że tylko
- Dostałem Złotym Ołtarzykiem, który
- Każdą klamerką mię ukłuł jak szpilką;
- Na niedźwiadkowe się bowiem pazury
- Zamyka – (Czymże jest ból? Jedną chwilką! –
- Jak mówią w Dziadach Mickiewicza chóry) –
- Podziękowawszy za chwilki chwilowość,
- Wpadam w opisy znów i w romansowość.
- Aniela miała cudowną postawę,
- W noszeniu głowy cudną lekkość – włosy
- A l'antique – barwy troszeczka bladawe,
- Oczy skier pełne, teraz pełne rosy,
- Smutne i twarzy kochanka ciekawe,
- I pytające się o własne losy.
- Jéj ręka piękna, maleńka i biała
- Za szorstką, silną biorąc rękę – drżała.
- "Ty wyjeżdżałeś! tyś mi nie powiedział!
- Ale me serce jest miłośnym szpiegiem.
- Nie mów mi, że jest między nami przedział
- Fortuny. – Jestem nad przepaści brzegiem.
- Usiądź – opowiem – wszystko będziesz wiedział!
- Nie strasz się tylko trudności szeregiem,
- Nie strasz się! jesteś ludziom w poniewierce...
- Lecz ja cię kocham jedna – ja mam serce.
- "Straciłeś cały majątek? – i cóż mi
- Majątek? ludzi sąd? – ja kocham ciebie!
- Ja twego serca chcę – a nie twych dusz mi
- Potrzeba – pójdę o żebranym chlebie.
- Nie odpowiadaj mi na to, nie krusz mi
- Serca – mój los już zapisany w niebie!
- Ja kocham ciebie! w twoim sercu żyję,
- Kto nas rozdzielić chce – ten mię zabije!
- "Dzisiaj przyjechał Dzieduszycki z drogi,
- Znów się oświadczył i o moją rękę
- Prosił. – Mój ojciec stał się dla mnie srogi
- I guwernantka jak na moją mękę
- Za ojcem trzyma. I ludzie, i bogi
- Przeciwko nam są – i wuja Sosenkę
- Przekabacili już na swoją stronę.
- Płakałam – patrzaj – oczy mam czerwone.
- "A tu, jak na złość! dla Dzieduszyckiego
- Był bal. – Czy widzisz, jak jestem ubrana?
- Musiałam ubrać się dla ojca mego
- W ten księżyc – lecz ja dla mojego pana,
- Dla ciebie tylko! dla ciebie samego
- Ubrałam się tak w kwiaty – po kolana.
- Prawda, że dobrze mi tak bez zawoja? –
- Ja nie ubrałam się dla nich – ja twoja!
- "Lecz ty wyjeżdżał? gdzie? O! ty niewierny!
- Gdyby nie Diwa, byłbyś już daleko.
- Gdzieżeś ty jechał? – gdy mię ból nieźmierny
- Dręczy – kiedy mię przed ołtarze wleką,
- Gdy nie zostanie nic, jak się w cysterny
- Rzucić lub twoją się zakryć opieką:
- Tyś mię opuszczał w chwilę tak okrutną!
- Ja przebaczyłam już – ale mi smutno.
- "Czy ty nie ufasz, że ja zdołam jedna
- Oprzeć się, zostać twoją? – ja niepłocha!
- Ty nie wiesz, co to jest kobieta biedna,
- Kiedy ją dręczą, kiedy mocno kocha –
- Zgubi się, potem u wszystkich wyjedna
- Łzy nad swym sercem zgubionym i trocha
- Kwiatów i więcéj też żadnéj nie trzeba...
- Cóż to? – Nie mówisz nic do mnie? O nieba!
- "Myślałam, że ty mi dodasz nadziei" –
- Tu wypuściła z rąk rękę kochanka –
- "Myślałam, że ty w téj smutnéj kolei" –
- Tu blisko, szczęściem, stała z wodą szklanka,
- Wzięła ją... drżące w szkło usteczka klei,
- Ząbki o kryształ dzwonią jak kraszanka,
- Kiedy się z drugą spotka w dziecka dłoni.
- Rzekłbyś, że perła o dyjament dzwoni:
- "Myślałam..." – Głos jéj o jedną oktawę
- Zniżył się i pękł jak pęknięcie struny. –
- Boleść złamała jéj giętką postawę,
- Myślałbyś, że się chyliła do truny,
- Tak nawet małe usteczka jaskrawe
- Zbladły uczuwszy gorzkich łez piołuny.
- Padła na krzesło i przez łzawe deszcze
- Błysnął ostatni jęk: "Kochasz mię jeszcze?"
- Beniowski już był na kolanach; w dłonie
- Wziął drżącą rączkę Anieli... Tu proszę
- Włożyć mi wieniec Petrarki na skronie,
- Bo na tym pieśń zakończę i ogłoszę
- Po dawnych wieszczów umarłych koronie
- Czas bezkrólewia; pobuntuję kosze,
- Krytyków kupię z Grabowskim prymasem,
- Reszta owczarzy moja. – A tymczasem
- Jako pretendent na własne poparcie
- Utworzę całe wojsko w drugiéj pieśni.
- Epiczny zamiar wyjawię otwarcie:
- Wyjdę z dzisiéjszéj estetycznéj cieśni
- I skrzydeł mojéj muzy rozpostarcie
- Tęczowym blaskiem was oślepi wcześniéj,
- Niż miałem zamiar. Suszę tylko głowę,
- Jak w rzecz wprowadzić rzeczy nadzmysłowe.
- Nie podobało się już w Balladynie,
- Że mój maleńki Skierka w bańce z mydła
- Cicho po rzece kryształowéj płynie,
- Że bańka się od gazowego skrzydła
- Babki–konika rozbija i ginie,
- Że w grobie leżąc Alina nie zbrzydła,
- Lecz piękna z dzbankiem na głowie martwica
- Jest jak duch z woni malin i z księżyca.
- Nie podobało się, że Grabiec spity
- Jest wierzbą, że się Balladyna krwawi,
- Że w całéj sztuce tylko nie zabity
- Sufler i Młoda Polska, co się bawi
- Jak każdy głupiec, plwając na sufity
- Lub w studnię... która po sobie zostawi
- Tyle co bańka mydlana rozwalin,
- A pewnie nie woń mirry – ani malin...
- O Boże! gdyby przez metampsykozę
- W Kozaka ciało wleźć albo w Mazura
- I ujrzeć, jaką popełniłem zgrozę
- Pisząc – na przykład – Anhellego. Chmura
- Gwiazd, białych duchów, które lgną na łozę
- Jak szpaki Danta: rzecz taka ponura,
- A taka mleczna i niewarta wzmianki –
- Jak kwiat posłany dla pierwszéj kochanki.
- Pewnie bym takich nie napisał bredni,
- Gdybym był zwiedził Sybir sam, realnij,
- Gdyby mi braknął gorzki chleb powszedni,
- Gdybym żył jak ci ludzie borealni:
- Troską i solą z łez gorących – biedni!
- Tam nędzni – dla nas posępni, nadskalni,
- Podobni bogom rozkutym z łańcuchów,
- W powietrzu szarym, mglistym, pełnym duchów...
- Pewnie bym... – Lecz ta spowiedź jest za długa,
- Dygresje – nudzą; więc, mój czytelniku,
- Spróbuj, czy ci się pieśń podoba druga,
- Gdzie więcéj nieco będzie gwaru, krzyku,
- Kościół i wielka słoneczna framuga,
- I na tęczowym Duch Święty promyku;
- Także cokolwiek szlachty. – Powieść taka
- Jak dawny, długi, lity pas Polaka.