Baśń tęczowa
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Poświęcona F. V. Kvapilowi
- Od kolebki biegła za mną
- Czarodziejska baśń tęczowa
- I szeptała wciąż do ucha
- Melodyjne zaklęć słowa.
- Urodzona nad wieczorem
- Z cichych gawęd mych piastunek,
- Spala ze mną, na mych ustach
- Kładąc we śnie pocałunek.
- I budziła się wraz ze mną,
- I wraz ze mną ciągle rosła,
- I z kołyski na swych skrzydłach
- W jakiś dziwny świat mnie niosła...
- Ponad morza purpurowe,
- Ponad srebrne niosła rzeki,
- Po zwodzonym moście tęczy
- W cudowności świat daleki...
- Otworzyła mi zaklęciem
- Brylantowy w skałach parów
- I wkroczyłem raz na zawsze
- W kraj olbrzymów, widm i czarów.
- I zamknęły za mną wrota
- Jakieś wróżki czy boginie,
- Więc na całą życia kolej
- Szedłem błądzić w tej krainie.
- W tej krainie, w której wszystko
- Ożywioną bierze postać,
- W której każdy głaz ma duszę
- I człowiekiem pragnie zostać...
- Złotolistnym szedłem gajem,
- Gdzie się wszystko skrzy i złoci,
- Gdzie zakwita skryty w cieniu
- Tajemniczy kwiat paproci.
- Szedłem gajem, gdzie dokoła
- Śpiewające szumią drzewa,
- Gdzie młodości wiecznej źródło
- Czyste wody swe rozlewa.
- I witały mnie po drodze
- Rozmarzone oczy kwiatów,
- Co patrzyły tak wymownie
- W niezmierzoną przestrzeń światów.
- I witały ludzkim głosem
- Różnobarwnych ptasząt chóry,
- Ukazując dalszą drogę
- Nad przepaści brzeg ponury.
- Ja słuchałem śpiewnej wróżby
- I z ożywczej piłem fali,
- I w głąb dzikszej coraz puszczy
- Niestrwożony szedłem dalej.
- Próżno groźne widma straszą,
- Próżno kłęby gadzin syczą,
- Biegłem naprzód, zapatrzony
- W jakąś jasność tajemniczą.
- I przebyłem czarne puszcze,
- I spienionych wód odmęty
- I stanąłem u stóp góry
- Prostopadle na dół ściętej.
- Na jej szczycie błyszczał zamek,
- Kryształowy gmach olbrzyma,
- Co zaklęciem w swojej mocy
- Najpiękniejszą z dziewic trzyma.
- Przed zamczyskiem stoją smoki
- I te paszczą swą czerwoną
- Ogień złoty i różowy
- Pod obłoki w górę zioną;
- Swe spiżowe jeżąc łuski,
- Bronią skarbu zaklętego,
- Najpiękniejszej z wszystkich dziewic
- W kryształowym zamku strzegą.
- Jednak mimo czujnej straży
- Jam ją ujrzał na skał szczycie
- I odgadłem, żem tu przybył,
- Aby dla niej oddać życie.
- Miała gwiazdę na swym czole,
- Pod nogami sierp księżyca,
- Błękit niebios w swoich oczach
- I aniołów cudne lica;
- I od razu swym spojrzeniem
- Zaszczepiła miłość w duszę -
- I poznałem, że koniecznie
- Do niej w górę dążyć muszę.
- Więc po nagiej, gładkiej ścianie,
- Zapatrzony tylko na nią,
- Na powojów wiotkich splotach
- Zawisnąłem nad otchłanią.
- Coraz wyżej pnąc się hardo,
- Już widziałem ją przy sobie...
- I w zachwycie do królewny
- Wyciągnąłem ręce obie.
- Miałem schwycić ją w objęcia...
- Gdy powojów pękły sploty -
- I upadłem w głąb otchłani,
- Gdzie z ran ginę i tęsknoty.
- Lecz choć z serca krew upływa,
- Choć w przepaści ciemnej leżę,
- Jeszcze wołam: "Za nią! za nią!
- Idźcie gonić, o rycerze!
- Idźcie piąć się w górę, w górę,
- Ponad ciemnych skał krawędzie!
- Może przyjdzie kto szczęśliwy,
- Co ją weźmie i posiędzie.
- Choć nie dojdzie - chociaż padnie,
- Przecież życia nie roztrwoni,
- Bo najlepsza cząstka życia
- W takiej walce i pogoni.
- Warto choćby widzieć z dala
- Ów zaklęty gmach z kryształu,
- Warto, płacąc krwią i bólem,
- Wejść w krainę ideału.
- Gdyby przyszło mi na nowo
- Od początku zacząć życie,
- Biegłbym jeszcze po raz drugi
- Za tą piękną na błękicie!"