Żywy telegraf

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
 

Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Żywy telegraf
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom V—VII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wydania Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Link do strony indeksu
ŻYWY TELEGRAF.

Pani hrabina, podczas wizyty w zakładzie sierot, spostrzegła na korytarzu niezwykłą scenę: czterech chłopców wydzierało sobie podartą książkę, dość żwawo okładając się kułakami.
— Zdaje mi się, dzieci, że się bijecie?... — zawołała przestraszona dama. — Zato żaden nie dostanie pierniczka i jeszcze pójdzie klęczyć.
— Bo, proszę pani, on mi zabrał „Robinsona“! — tłomaczył się jeden chłopiec.
— Nieprawda, bo to on!... — zaprzeczył drugi.
— Widzisz, jak kłamiesz! — zawołał trzeci. — To ty odebrałeś mi „Robinsona“.
Zakonnica objaśniła damę, że mimo pilnego dozoru, podobne wypadki trafiają się dosyć często, dzieci bowiem łakną czytania, a książek zakład nie posiada.
W sercu pani hrabiny zatliła się jakaś iskra. Ponieważ jednak nużyło ją myślenie, więc starała się zapomnieć o tem. Dopiero w salonie radcy, gdzie wypadło mówić o rzeczach pobożnych i dobroczynnych, opisała wypadek w zakładzie, wraz z objaśnieniem zakonnicy.
Radca, słuchając, doznał też niezwykłego uczucia i, jako bieglejszy w sztuce myślenia, zawnioskował, że należałoby wysłać książki dla sierot. Przypomniał sobie nawet, że w szafie, czy w kufrze, posiada cały stos butwiejących druków, które niegdyś kupował dla swych dzieci; lecz... za ciężki już był do grzebania w rupieciach.
Wieczorem radca znalazł się u pana Z., któremu całe życie upływało na oddawaniu drobnych usług ludzkości, zawartej między siódmą a trzecią klasą urzędowej hierarchji. Chcąc mu zrobić przyjemność, radca opowiedział panu Z. to, co hrabina widziała w zakładzie i słyszała od zakonnicy, dodając ze swej strony, że — wypada postarać się o książki dla sierot.
— Nic prostszego! — wykrzyknął pan Z. — Wstąpię jutro do redakcji „Kurjera“ i wpłynę na nich, ażeby zrobili ogłoszenie.
Na drugi dzień pan Z. wbiegł zadyszany do „Kurjera,“ na wszystkie świętości błagając redakcję, ażeby wezwała ogół do składania książek dla sierot.
Trafił szczęśliwie, ponieważ brakowało do numeru kilkuwierszowej wiadomości sensacyjnej. Jakoż referent wydziału uczuciowego siadł i napisał:
„Gromadka dzieci, zostających pod opieką publiczną, cierpi na brak książek.
„Maleństwo tęskni.
„Pamiętajcie o duszach głodnych!“
Potem, gwiżdżąc, wyszedł na obiad.
W parę dni później, w niedzielę, przed zamkniętemi drzwiami redakcji spotkałem ubogo odzianego człowieka z rękoma czarnemi jak u kominiarza, a wraz z nim szczupłą dziewczynkę, niosącą pakę starych książek.
— Czego pan sobie życzy?
Ufarbowany człowiek uchylił czapki i odparł nieśmiało:
— Przynieśliśmy, proszę pana, kilka książek dla tych „głodnych“, co panowie pisali...
A szczupła dziewczynka dygnęła, rumieniąc się, o ile jej na to pozwalały początki blednicy.
Wziąłem od niej książki i oddałem redakcyjnemu chłopcu.
— Jakże się pan nazywa? — spytałem.
— Proszę pana, a naco to? — odparł zmieszany.
— Musimy przecież wydrukować, kto dał książki.
— O! to nie potrzeba, proszę pana; ja przecie jestem ubogi człowiek, z fabryki kapeluszy... To nie potrzeba...
I odszedł wraz z mizerną córeczką.
Obok mnie stał uczony profesor fizyki, i zapewne skutkiem tego przyszedł mi na myśl — telegraf nowej konstrukcji.
Główną stacją był zakład sierot, boczną — robotnik z fabryki kapeluszy; gdy jeden zasygnalizował „baczność“, drugi natychmiast odpowiedział. Gdy jeden zażądał, drugi przyniósł.
My inni spełniliśmy funkcją słupów telegraficznych.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.